Szybkie nogi wolnego sportowca

Czy gdybyście chcieli nauczyć się grać na gitarze, to:

a)  zaczęlibyście uczyć się grać na gitarze

b) złapalibyście za książkę telefoniczną i bez opamiętania zaczęli walić się nią po głowie, stwierdzając – ze zdziwieniem godnym bohaterów powieści kryminalnych – po 10 latach, że ta gra na gitarze jest strasznie skomplikowana, bo niczego się nie nauczyliście. A i głowa boli.

Sami odpowiedzcie sobie na pytanie jakimi cechami należy się legitymować, aby wybrać odpowiedź b). Podpowiem tylko, że wszyscy ludzie, którzy ją wybrali to osoby chodzące na eleganckie przyjęcia w stroju dwumetrowego banana. Albo twierdzący, że ćwiczenia na drabince koordynacyjnej zwiększają szybkość.

Podczas gdy wszystkie ciekawe sporty oparte są na komponencie szybkości, powodzeniu akcji, wymiany, obrony jest zależne od tego, czy ruszając z punktu A znajdziesz się szybciej w punkcie B od swojego przeciwnika. Im więcej mocy wytworzysz względem podłoża oraz im dłuższe kroki będziesz stawiać (które w dużej mierze determinuję wspomniana moc), tym większa szansa, że Twój rywal będzie mógł jedynie podziwiać numer umieszczony na tyle Twojej koszulki.

 

RAFAŁ MASERAK

W sieci krąży filmik, na którym do złudzenia przypominający meksykańskiego handlarza kokainy mężczyzna wykonuje na drabince układ choreograficzny, który o ból głowy przyprawiłby nawet Rafała Maseraka. Julio – tak go nazwijmy – przebiera nogami na boki, po skosie i w każdym możliwym kierunku. Tylko co z tego, skoro to wszystko dzieje się praktycznie w miejscu? Pokonanie 5 yardów zajęło mu 15 sekund. 15 sekund? Zdajecie sobie sprawę, jak to długo? Po 15 sekundach kolejne chińskie dziecko potrafi grać na pianinie, a statystyczny Polak zapala już papierosa po seksie.

Tak naprawdę poruszając się na drabince często nie stawiamy nawet kroku, tylko repozycjonujemy ciało. Oznacza to, że nasza noga zmienia usytuowanie, ale środek ciężkości pozostaje w tym samym miejscu. Aby ruch móc rozważać jako krok, środek ciężkości musi zmienić swoje położenie.

Dłuższy krok = szybszy bieg. Krótki krok na drabince = szybkie poruszanie się w miejscu. Gdyby to, jak szybko jesteś w stanie uderzać stopą w podłoże było kluczowe w kontekście szybkości biegu, to najszybszymi ludźmi na świecie byliby mistrzowie stepowania.

 

SZWAGIER I DELIFN

Jest jeszcze kwestia fizyki. To ile mocy podłoże od Ciebie otrzyma, tyle Ci odda. To nie Twój szwagier, któremu pożyczysz 100 zł, a przy odrobinie szczęścia odzyskasz 20.

W tym wypadu mocniej = szybciej. Światowej klasy sprinterzy przy każdym kroku uderzają w ziemię z siłą ponad 170 kilogramów. Uderzenia stopy miłośników samby na drabince mają w sobie tyle siły, ile pierwsze kroki uczącego się dopiero chodzić dziecka. Ta sama zasada tyczy się hamowania i zmiany kierunku. Im więcej mocy skierujesz w podłoże, tym szybciej się zatrzymasz i tym szybciej zmienisz kierunek.

Trenerzy i sportowcy coraz częściej ulegają syndromowi, który pieszczotliwie nazwałem „Kup mi delfina”. Zamiast kierować się logiką, zachowują się jak dzieci przechadzające się nadmorskimi bulwarami. Im coś bardziej się świeci, im wygląda na bardzie skomplikowane, tym bardziej przykuwa ich uwagę, nawet jeżeli nie ma to kompletnie żadnego logicznego wytłumaczenia. Sama drabinka jest dobrym rozwiązaniem, aby pomóc dzieciom nabrać koordynacji, a w przypadku dorosłych, pomóc w aktywacji, bądź relaksacji układu nerwowego. Jednak łapanie za nią, żeby stać się szybszym jest jak zakładanie bombek na krzesło stojące obok choinki.

 

RODZINA ZASTĘPCZA

Nie chcę w tym miejscu nikogo po raz kolejny nazwać idiotą, ale przypomina mi to pewien serial. Opowiadał o małżeństwie z dwójką dzieci, które najwyraźniej na skutek kosmicznego promieniowania pochodzącego z cmentarzyska Indian na którym zbudowany był ich dom, postanowiło adoptować jeszcze trójkę dzieci. I to nie byle jakich!

– I tak ledwo wiążemy koniec z końcem więc tak sobie pomyślałam, Jacuniu, jak możemy sobie jeszcze bardziej utrudnić proces adopcyjny oraz resztę życia? W końcu mamy tyle wolnego czasu.

Po krótkim namyśle..

 – Mam. Zaadoptujmy Azjatkę, Afroamerykankę i rudzielca. Tylko pomyśl. Nie dość, że z tymi dwoma będzie problem, bo ich biologiczni rodzice mieszkają Bóg jeden wie gdzie, to w dodatku w sprawie całej trójki będziemy musieli chodzić do szkoły, bo na pewno inne dzieci będą je prześladować! Szczególnie rudego.

– Dlatego za Ciebie wyszłam. To po prostu genialne.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Następnie cała siódemka wiodła spokojne i skromne życie. Co prawda w rozmowach często przewijał się temat pieniędzy, a mówiąc ściśle – ich braku, ale nie był to wystarczający powód, żeby nie dokarmiać policjanta, który codziennie wpadał na kawę i kanapeczki. Gdyby był odrobinę młodszy, to z pewnością zostałby przez nich adoptowany.

Lata mijały, dzieciaki podrosły i poszły na swoje. Żeby mieć chwilę spokoju, zreperować swoje i tak już stargane nerwy, a co równie ważne – budżet, Państwo Kwiatkowscy postanowili… adoptować kolejną dwójkę. Nie chcę się wymądrzać, ale według mnie, ksiądz udzielający im ślubu mógł nieco nawalić.

– A teraz, Aniu, powtarzaj za mną: „Ślubuję Ci wierność, miłość i uczciwość małżeńską oraz to, że będę utrudniała nasze wspólne życie na wszystkie możliwe sposoby. Tak mi dopomóż Bóg.”