MIŁO CIĘ WIDZIEĆ

Jestem przekonany, że niezależnie czy macie 14, czy 60 lat, znacie film pt. ”Kevin sam w domu”. Jeżeli jednak przez ostatnie 27 lat zapadaliście w sen w okolicach września i budziliście się w styczniu, to podpowiadam : Film powiadał o chłopcu, który na skutek nieroztropności swoich rodziców, został sam w domu na święta, co z kolei pozwoliło mu na odkrycie hobby swojego życia, czym było budowanie i zastawianie pułapek wyrządzających krzywdę innym ludziom. Film okazał się tak dużym sukcesem, że już po dwóch latach światu ukazał się sequel pt. „Kevin sam w Nowym Jorku”, którego fabuła jest niemal bliźniaczo podobna: nieco starszy bohater nadal rozwija swoje hobby z tą różnicą, że ma to miejsce w Nowym Jorku. Po raz kolejny duet Columbus (reżyser) i Culkin (aktor) odniósł ogromny sukces, jednak do ponownych wspólnych sequeli już nie doszło. Pan Columbus miał już dość groteskowych produkcji i postawił na tworzenie ambitnego kina. Kolejną jego produkcją był film pt. Pani Doubtfire. Macaulay z kolei odstawił chwilowo aktorstwo aby sprawdzić, ile narkotyków uda mu się dostarczyć do swojego organizmu, zanim zatraci on wszystkie podstawowe funkcje życiowe.

W międzyczasie kolejni aktorzy i scenarzyści próbowali tworzyć sequele „Kevin’a…” jednak w porównaniu do oryginalnych produkcji wypadały podobnie, jak mrożona pizza wypada przy placku z małej, rodzinnej knajpki we Włoszech, którą znają jedynie tubylcy.

Lata mijały, aż w końcu, w 2004 roku pojawiła się odpowiednia osoba. Do złudzenia przypominający każdego Malezyjczyka, który kiedykolwiek się urodzi, James Wan, postanowił kontynuować historię chłopa, którego ulubionym zajęciem jest budowanie pułapek. W przeciwieństwie do wszystkich swoich poprzedników, którzy nieudolnie próbowali odgrzać starego kotleta, Pan Wan zrozumiał, że aby odnieść sukces, musi zmodyfikować kilka elementów. Postanowił więc, że imię głównego bohatera z Kevina, zmieni na bardziej modernistyczne. Początkowo zastanawiał się nad Firefox, jednak ostatecznie wybrał Jigsaw. Kolejnym zmienionym elementem było wyposażenia starego Kevina w maskę i rowerek. Było to uwarunkowane tym, że Culkin(oryginalny Kevin), nie był dyspozycyjny, aby zagrać w nowej produkcji, bowiem od 5 lat leżał pod stołem w jednej z dyskotek w Los Angeles będąc całkowicie naćpanym. Musiał zatem ktoś go zastąpić, ale tak, żeby przy okazji nie kojarzył się bezpośrednio z pierwowzorem. Stąd maska i rowerek, co by pan Wan mógł mydlić widzom oczy powtarzając, że to przecież ten sam aktor. Ostatnim krokiem, który reżyser przedsięwziął aby nadać filmowi nowego znaczenia była zmiana tytułu. Przecież skoro Kevin nie był już Kevinem, to głupio byłoby nazwać film Kevin. Postawił więc na „Piłę”. Film okazał się sukcesem (nagrano 7 kolejnych części), a tekst głównego bohatera, który w wolnym tłumaczeniu brzmiał „Zagrajmy w grę” stał się niemal kultowy. Doceniając te wszystkie trudy, gdy następnym razem włączycie telewizor i zobaczycie postać w masce jeżdżącą na rowerku, pomyślcie sobie, że to ten sam słodki chłopczyk, który układał na ziemi bombki, żeby wchodzący przez okno mieszkania złodziej, mógł sobie na nich poharatać stopy.

No dobrze, ale właściwie dlaczego o tym mówię? Ponieważ – mimo braku zbieżności z głównym bohaterem na tle upodobań i cech emocjonalnych – chciałem zacząć ten felieton od słów „Zagrajmy w grę”, co bez odpowiedniej genezy straciłoby cały sens.

A więc tak: ja zapisuję na kartce liczbę od 1 do 100, a wy próbujecie ją zgadnąć. Zanim jednak odpowiecie chciałbym jedynie zauważyć, że szansa na to, że uda wam się trafić jest znikoma, choć i tak większa, niż szansa, że nie widząc sportowca na oczy, uda wam się rozpisać mu plan treningowy, który będzie odpowiadał jego potrzebom. A taka sytuacja – mimo że mniej realna niż historia Kevina – dzieje się nieustannie w świecie przygotowania motorycznego.

 

OD CZEGO BY TU ZACZĄĆ

Rozpisując plan treningowy musimy wziąć pod uwagę kilka czynników.

Pierwszym z nich jest specyfika sportu (i ewentualnie pozycji), który uprawia nasz podopieczny. Czy dominują w nim przemiany tlenowe, czy może beztlenowe. Jakie partie mięśniowe są najbardziej przeciążane, a które zaniedbywane. Czy mechanika ruchu dominującego prowadzi do dysbalansu strukturalnego spowodowanego pracą w niepełnych zakresach, czy może odbywa się ona w zakresach większych niż te, do których nasze ciało jest predysponowane. Pytań jest wiele.

Kolejnym czynnikiem jest historia kontuzji danego zawodnika. W tym wypadku należy dowiedzieć się, jakiego typu były to urazy, kiedy miały miejsce i jak do nich doszło. Czy jest to powtarzające się schorzenie, czy może jednorazowa sytuacja. Mądrym pomysłem byłoby również porozmawianie z fizjoterapeutą prowadzącym zawodnika.

Trzecim czynnikiem są odczucia własne zawodnika (ewentualnie jego trenera) – z czym według siebie samego ma największy problem.

Ostatnim czynnikiem jest obserwacja zawodnika na żywo, czyli jedyna ze wszystkich wyżej wymienionych kwestii, która niemożliwa jest do wykonania przez telefon, albo maila.
A dlaczego tak ważna? bowiem nierozerwalnie związana jest ze wszystkim, co trzeba wziąć pod uwagę rozpisując plan treningowy.

To właśnie podczas spotkania trener jest w stanie sprawdzić poziom sprawności zawodnika oraz zobaczyć, jak zachowuje się jego ciało. Pozwala mu to zbudować szerszy obraz i pokierować pracę w najefektywniejszym kierunku.

 

KOSZMARNE PODCIĄGANIE

Plan treningowy ma dwa zadania. Sprawić, aby zawodnik był lepszy w kontekście swojej dyscypliny oraz żeby był mniej narażony na kontuzje. Niestety, ale nie da się tego osiągnąć nie widząc zawodnika na własne oczy. Bo co jeżeli okaże się, że ćwiczenie, które ze swojej natury wydawałoby się idealne do budowania jakiejś wartości motorycznej, z różnych powodów jest niewskazane dla zawodnika i aplikując je tylko zwiększymy ryzyko kontuzji? Czy jesteśmy w stanie wywnioskować to tylko na podstawie wywiadu? Śmiem wątpić. Kilka tygodni temu zgłosił się do mnie sprinter. Patrząc na specyfikę jego dyscypliny, wprowadzenie podciągania z dużym ciężarem miałoby spory sens. Co więcej, biorąc pod uwagę historię kontuzji oraz obraz wyłaniający się ze zdjęć, nie było ku temu żadnych przeciwskazań. To wszystko do momentu, w którym się spotkaliśmy, a owy sportowiec nie zaczął się rzeczywiście podciągać. Powiedzieć, że był to koszmar to tak, jakby nic nie powiedzieć. Musieliśmy więc chwilowo zrezygnować z tego ćwiczenia w objętości i intensywności optymalnej do kształtowania siły, bowiem zamiast przynieść znamienne efekty przyniosłoby to prawdopodobnie kontuzje.

 

CHLEB Z CASTORAMY

Jeżeli pójdziecie do Castoramy kupić chleb, wasza wyprawa prawdopodobnie zakończy się niepowodzeniem. Podobny efekt uzyskacie wykonując niepoprawnie technicznie ćwiczenia i oczekując po nich wymiernych rezultatów. Nie mówię o tym, że zarzut piłkarza ma odzwierciedlać jeden do jednego zarzut ciężarowca. Ma po prostu być wykonywany na tyle bezpiecznie, żeby przyniósł konkretną adaptację, a nie kontuzję. Większość sportowców jednak nie doszła jeszcze do poziomu przyzwoitości. Nie jest to dziwne, skoro nikt ich nigdy nie nauczył wykonywać ćwiczeń poprawnie. Prowadząc sportowca online jesteście za niego odpowiedzialni tak samo, jak za osobę, którą prowadzicie na sali treningowej. Musicie więc zadbać o to, aby potrafił wykonać ruch, który mu zaproponujecie. Ponownie, nie będziecie w stanie tego zrobić przez telefon. Musicie się z nim spotkać, pokazać, poprawić i nauczyć.

 

WITAJ!

Spotkanie się ze sportowcem przed przystąpieniem z nim do współpracy ma jeszcze jedną wymierną zaletę: możecie poznać tę osobę. Jest to aspekt, który często jest niesłusznie deprecjonowany przez liczne rzesze trenerów, którzy wysyłają rozpiskę treningową, sprawdzają stan swojego konta i na tym kończy się ich kontakt z podopiecznym. Proces treningowy jest niezwykle złożonym przedsięwzięciem, na który tak samo jak sposób wykonywania ćwiczeń, ich objętość, czy intensywność, wpływają aspekty psychologiczne. Oznacza to, że im lepiej poznamy naszego podopiecznego, tym łatwiej będzie nam zaproponować mu skuteczne metody.

Poza tym sportowiec musi wam zaufać i być przekonanym to waszej ideologi treningowej, co łatwiej jest uzyskać podając mu rękę na przywitanie i patrząc w oczy, niż witając go przez telefon.

Pamiętajcie, waszą trenerską rolą jest myśleć w kategoriach „Co mogę zrobić dla mojego sportowca” , zamiast „Co sportowiec może zrobić dla mnie”. Skoro więc możecie dla niego więcej zrobić spotykając się przed rozpisaniem planu treningowego, to wykonajcie swój obowiązek. W końcu sportowiec to wasz podopieczny, a nie skarbonka.